O prywatnych bogach

Zaufanie Bogu to podstawowa sprawa.
Skoro On jest tu Bogiem, ma wszystko w Swoim ręku, to jest w tym co się dzieje jakiś sens, cel.
To powinno dać rodzaj spokoju i dystansu do wszystkiego co nas spotyka.
Powinno.
…a jeżeli nie daje?
Może mamy wielu bogów, których się boimy, którym przypisujemy lub oddajemy władzę nad sobą?

Czy Bóg w którego wierzę to dla mnie faktycznie Bóg, czy tylko bóg?

Na początek fragment 2 przykazania z Ks.Wyjścia 20,3-5

 

„Nie będziesz miał cudzych bogów obok Mnie! Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią! Nie będziesz oddawał im pokłonu i nie będziesz im służył”

 

 

Najprostsza jest dla mnie ta część o obrazach i rzeźbach.
Nie robię obrazów by im służyć, bić pokłony, itp. Tych zrobionych też nie traktuje jak rzeczy które należy otaczać kultem. Obraz to obraz, rzeźba to rzeźba.
Podziwiam niektóre, bo są piękne i trzeba by być ślepym by tego nie widzieć.
Nie mam też rzeczy która byłaby dla mnie tak cenna, że za jej uszkodzenie łapki powyrywać mogę sprawcy.
Nie antropomorfizuję gratów.

 


Gadam czasem do komputera jak się zawiesza, to fakt. Nie oczekuję jednak że mi odpowie. To tylko grat.


 

 

Został ten nieco mniej jasny fragment o „bogach obok Mnie”.
Hm…

Podpowiedź jest w Mateuszu 22,37

 

„Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest największe i pierwsze przykazanie.”

 

 

Serce, dusza i umysł?

Wierzę w Boga, jego Słowo jest lampą dla mych stóp!
Tere fere!

Chciałabym by tak było, ale często gęsto, sama podejmuje decyzje.
Rozważam wszystkie „za” i „przeciw”, podliczam plusy i minusy i bach – decyzja.
Oparta na moich kryteriach, doświadczeniach.
Czy ten sposób jest zawsze zły?
Nie, przynajmniej nie zawsze. W końcu to i tak ja poniosę jej konsekwencje.
Jest zły gdy nie biorę pod uwagę tego co On mówi na pewne tematy skoro uważam, że jako konstruktor rzeczywistości zna najlepiej jej instrukcję obsługi.

Przykład:
Znajoma bardzo potrzebowała dobrej pracy. Dobrej znaczyło przede wszystkim finansowo opłacalnej i umożliwiającej dalszy rozwój zawodowy (kariera naukowa i te sprawy).
No i przyszła propozycja pracy. Finanse, rozwój, wszystko wydało się szyte jak na miarę marzeń i potrzeb.
Nic tylko brać!
Było drobne ale, mały zgrzyt. Taki tyci malutki.
Szef i właściciel firmy był ciut dziwny i odjechany na punkcie astrologii.
No ale…nie ma ludzi doskonałych więc bez wgłębiania się w tę jego dziwność podpisała umowę.
Minął miesiąc.
Wypłata była super tyle, że szybko okazało się, że ta dziwność szefa to jego głęboka wiara w to, że losem kierują gwiazdy. Latał po rady w każdej, najdrobniejszej decyzji, do astrologa i wróżki.
Zabawne?
Może dla kogoś z zewnątrz.
Firma przecież świetnie działa. Zyskowny interes, tyle że znajomej chrześcijance zaczynało być dziwnie, bo gwiazdy podejmują kluczowe decyzje, feng shui dba o klimat miejsca wróżka zaś o dobrą aurę pracowników.
Dosłownie dba o aurę. Robi ludziom sesje naprawcze ich pola.
Historia jak z brukowca, aż wierzyć się nie chce, że taki biznes może być rentowny.
Widać prawa ekonomii ten co nim kręci ma w małym palcu.
Znajoma szuka już nowej pracy. Tam nie pasuje.
Jej aura nie gra z resztą jak stwierdziły gwiazdy 😉

Serce, dusza…
Ile razy coś tak mnie zapala, że świat na jakiś czas znika z powodu pasji, problemu, emocji?
Żyję wtedy tym czymś.

 

Co to znaczy mieć innych bogów obok Boga?

 

To to wszystko czemu służę, co przysłania mi świat, pochłania siły, czego się boję.
To wszystko czemu daję władze nad swoim życiem.
Wstyd przyznać, ale gdy uczciwie popatrzę na ten fragment, to często mam innych bogów obok Boga. Rzeczy, ludzie sprawy, którym przypisuję władzę i moc zapominając, że jedynym który ma wszystko w swojej ręce jest Stwórca.
Nie szef, egzaminator, urzędnik czy pogoda rządzi i ma władzę nad moim losem.

Nie chodzi mi tu o brak instynktu samozachowawczego i pozbycie się zdrowej porcji strachu powstrzymującego nas przed masą głupot. Mówię o strachu, który pcha nas w niekończące się kompromisy w stosunku do ludzi czy spraw. O takim zaklętym kręgu „muszę”, bo inaczej stracę pracę, nie dostanę awansu, będzie awantura, który pcha nas w niewolę tych spraw, ludzi, strachów.
Życie nauczyło mnie, że zawsze jest drugie wyjście.
Ba, czasem trzecie i czwarte, tylko są one niewygodne, nie pasują do mojego planu, sposobu oceny sytuacji itp. Dlatego nawet nie biorę ich pod uwagę, ignoruje jakby ich nie było.
Muszę utrzymać się w przyjętym schemacie, bo przecież ten świat tak funkcjonuje, ma swoje prawa….
Tak tworzę swoich prywatnych bogów, którzy mają władze nade mną.

Decyzje pociągają za sobą konsekwencje, każdy o tym wie.
Mądry człowiek przed jej podjęciem zasięga rady kogoś kogo szanuje.
To jest dobre.
Mądry człowiek otrzymaną radę rozważy i podejmuje jednak własną decyzję.
Szanowani ludzie, tak zwane autorytety czasem przejmują władzę nad rozsądkiem i samodzielnym myśleniem innych.
Tak rodzą się lemingi.

Kto jest bogiem leminga?

Dobre pytanie 😉

 

Beata

 

 

2 komentarze

  • Jhazper 26 czerwca 2015 at 10:31

    Ja także mam problem z pierwszym przykazaniem
    i zawsze uważałem, że nie jest wcale takie
    łatwe i oczywiste.

    Bardzo fajny wpis 🙂

    Reply
  • robot 26 czerwca 2015 at 11:43

    Kto jest bogiem leminga?
    A to jakiś konkurs jest? Coś można wygrać?

    Z moich obserwacji jest to strach przed tym co ludzie powiedzą. Im mniejsza miejscowość tym większy strach.
    No jak to co „ludzie powiedzą”?

    Do tego dochodzi wygoda, prościej się płynie z prądem rzeki niż idzie pod prąd.

    Reply

Leave a Comment