O chorobach, uzdrowieniu i umieraniu

O chorobach, uzdrowieniach i umieraniu prawie wszyscy mówimy, czytamy i myślimy w 2020 więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Nie jest to jednak temat nowy, za to większości z nas przychodzi w tym roku zmierzyć się, jeżeli nawet nie z chorobą to na pewno z kwarantanną, testami na koronkę.
Jednak pytania o przyczynę obecności chorób w naszym życiu, ich skalę, ból, jaki niosą, padają chyba od zawsze.
Dlaczego ludzie chorują, dlaczego Bóg pozwala, by cierpieli?
Dlaczego kalectwo i wady genetyczne spadają na niewinne dzieci?
Gdyby Bóg był dobry, to by na to nie pozwolił!

 

Z podobnymi pytaniami i oskarżaniem Boga o brak reakcji spotkałam się wiele razy. Padały z ust osób niewierzących, że jest coś więcej niż materia, ale i z ust chrześcijan, których dotknęły choroby, kalectwo.
Część z nich modliła się uparcie o uzdrowienie, które nie przychodziło. Czasem traciła przez to wiarę. Część na przekór faktom, niekiedy pod presją znajomych ze wspólnoty „wyznawała”, że jest zdrowa, chociaż nadal mierzyli się z tym samym problemem. Byli i tacy, dla których Jezus przyszedł na świat po to, byśmy byli zdrowi, szczęśliwi tu i teraz. Nie brakło też osób traktujących chorobę jako karę zesłaną przez Stwórcę na człowieka.

 

Gdy pytałam ich, dlaczego myślą o chorobie w ten, a nie inny sposób, każdy z nich podpierał się stosownymi wersetami z Biblii. Robiły to także osoby, które straciły wiarę. Wskazywały w ten sposób na fałszywe obietnice, jakimi Biblia mami naiwnych ludzi.

 

Zaczynałam pisać ten artykuł na początku roku, w lutym, gdy byłam po dość lekkiej, jak na mnie, grypie. Ze świata zaczynały przychodzić informacje o nowym wirusie, który pojawił się w Chinach. Na początku dziwiły mnie środki ostrożności w postaci kwarantanny, jak się wydawało, nieco na wyrost nałożone na miejsca, w których go rozpoznano. Był to czas, gdy przychodnie były pełne ludzi kaszlących, z grypą i grypopodobnymi objawami. Mówienie o epidemii, gdy sezonówka trzymała w domach tysiące ludzi, a komplikacje i przypadki śmiertelne nie były odosobnione, wydawało mi się kolejnym newsem, by interes się kręcił. Ja powoli wychodziłam z choroby, a nowy wirus był coraz bliżej. Pojawił się w Europie, a w końcu i w mieście, w którym mieszkam.

 

Panika, na początku niedostrzegalna zaczynała dopadać kolejne osoby. Ona sama jest jak choroba, bo wyłącza racjonalne myślenie, każe jednocześnie uciekać i szukać winnych.
Pojawiają się przeróżne teorie mające wyjaśnić skąd pochodzi ten wirus.
Przeczytałam na kilku stronach internetowych, że jest to kara zesłana na ludzi przez Boga, zapowiedź Apokalipsy, znak końca świata.

 

Czy choroba może być karą zesłaną przez Stwórcę na stworzenie?
W sumie to wszystko od niego pochodzi, przecież padają w Biblii także takie zdania:

 

 

„Spójrzcie teraz, że to ja, tylko ja jestem, a nie ma innych bogów oprócz mnie. Ja zabijam i ożywiam, ja ranię i ja leczę, i nikt nie wyrwie z mojej ręki”. Powtórzonego Prawa 32;39

 

„PAN mu odpowiedział: Któż uczynił usta człowieka? Albo kto czyni niemego lub głuchego, widzącego lub ślepego? Czyż nie ja, PAN?” Wyjścia 4;11

 

Skoro do Niego należymy tak jak całe stworzenie, ma prawo ukształtować nas jak chce. Widocznie ma w tym jakiś swój cel. Ten fragment jest zwykle najtrudniejszy do przyjęcia. Spotkałam się z wypowiedziami tzw. usługujących, że chore dziecko w rodzinie czy kalectwo, które pojawia się wraz z wyczekanym potomkiem to dar od Boga mający wzmocnić wiarę rodziny. Nie słyszałam jednak by taka sama postawa była przez nich reprezentowana, gdy ów dar w postaci choroby czy kalectwa spada w ich ramiona. Nie zmienia to jednak faktu, że jest napisane w Ewangelii Jana 9;1-3

 

 

„A przechodząc, zobaczył człowieka ślepego od urodzenia. I pytali go jego uczniowie: Mistrzu, kto zgrzeszył, on czy jego rodzice, że się urodził ślepy? Jezus odpowiedział: Ani on nie zgrzeszył, ani jego rodzice, ale stało się tak, żeby się na nim objawiły dzieła Boga”.

 

 

Nie będę się wymądrzać, dlaczego czasem przychodzi choroba czy kalectwo, a nawet przedwczesna śmierć. Wiem, że na wiele spraw nie mamy wpływu. Za małą mam wiedzę o przyczynach i skutkach wielu rzeczy, by oceniać czy dana choroba jest od Boga, czy nie. Zdaję sobie jednak sprawę, że taką możliwość muszę brać pod uwagę – Stwórca źródłem tego trudnego, czasem bardzo bolesnego doświadczenia, z jakim przychodzi się człowiekowi mierzyć.

 

Choroba jako kara zesłana na ludzi pojawia się w Biblii nie raz.
Ślepotą zostali porażeni mężczyźni Sodomy zgromadzeni pod domem Lota (Rodzajów 19;11).
Bardzo ciekawy przypadek zesłania ślepoty na ludzi jest opisany w 2 Księdze Królewskiej 6;8-23. Jest ona zesłana na ludzi na prośbę proroka Elizeusza.

 

Filistyni, mieszkańcy Aszdodu za zabranie arki zostali ukarani inną chorobą. Wrzody zwłaszcza w miejscach intymnych to bardzo nieprzyjemny i krępujący problem zdrowotny.

 

 

„Lecz ręka PANA zaciążyła nad mieszkańcami Aszdodu i niszczyła ich. Ukarał ich wrzodami – zarówno Aszdod, jak i jego okolice. Gdy więc mieszkańcy Aszdodu zauważyli, co się działo, powiedzieli: Arka Boga Izraela nie może z nami zostać, gdyż jego ręka jest surowa wobec nas i wobec Dagona, naszego boga. Zwołali więc i zebrali u siebie wszystkich książąt filistyńskich i powiedzieli: Co mamy zrobić z arką Boga Izraela? I odpowiedzieli: Niech arka Boga Izraela zostanie przeniesiona do Gat. I przeniesiono tam arkę Boga Izraela. A gdy ją przenieśli, ręka PANA powstała przeciwko miastu i dotknęła je wielkim uciskiem. Pokarała mieszkańców miasta, od najmniejszego do największego, i pojawiły się u nich wrzody w ukrytych miejscach.” 1 Samuela5;6-9

 

 

Powiesz mi, że owszem, choroba bywa zesłana na ludzi przez Boga, co widać w zacytowanych fragmentach, ale oni nie szanowali Stwórcy, nie wierzyli w Boga Biblii.
To prawda, ale przecież innych historii z Biblii nie można ot tak sobie odrzucić, na przykład przyczyny śmierci Elizeusza, której bezpośrednim powodem była choroba.

 

 

„A Elizeusz zapadł na ciężką chorobę, na którą miał umrzeć.” 2 Królewska 13;14

 

 

Zastanawiałam się kiedyś, dlaczego Izaak na starość nie widział. Przecież był obiecanym przez Boga dziedzicem, posłusznym synem, nie wywinął żadnego numeru w stylu Dawida czy Samsona.
To był po prostu przyzwoity i pobożny gość.
Chore oczy, które nie są uzdrowione przez Boga, czy aby nie są przypadłością przez Niego zesłaną na Izaaka?

 

Dla mnie to jedyne sensowne wyjaśnienie, jakie mam – Bóg chce, by na starość ten obiecany Abrahamowi syn nie widział. Fizyczna ślepota Izaaka umożliwiała zrealizowanie planu jaki miał Stwórca wobec mniej lubianego przez Patriarchę syna. Obeszło się bez buntu Izaaka, walki między małżonkami i prawdopodobnie także wojny między braćmi o wiele gorszej niż to, co jest opisane na kartach Biblii.

 

Choroba jako droga, którą prowadzi nas Stwórca, byśmy szli przez życie zgodnie z Jego wolą. Jako taki bonus ułatwiający nam to, a nie komplikujący życie. Przyznaję, że to może mało przyjemny wniosek, nie tylko z historii Izaaka. Dzisiaj uważam, że nie jest to wcale takie rzadkie, a przykłady tego widzę i w naszych czasach.

 

Choroby, jakie dotykają nas dzisiaj w wielu wypadkach, a może nawet w większości, są tylko skutkiem działań i decyzji, jakie podejmujemy my, podjęli nasi rodzice i przodkowie. Cały pakiecik tak zwanych chorób cywilizacyjnych mamy na własne życzenie.
To, co jemy, w jakich ilościach, jak bardzo przetworzone, podrasowane różnymi chemicznymi i normalnie niejadanymi przez żywe istoty dodatkami psuje nasze ciała.
Chcemy wszystkiego dużo i tanio, dotyczy to także jedzenia.
Pryskamy więc bez opamiętania truciznami rośliny i ziemie, zalewamy wyjałowioną glebę sztucznymi nawozami, byle wyrosło to co chcemy w ilości niepotrzebnej nam kompletnie.
To, że jedzenie jest budulcem naszych ciał to nie przenośnia. Skoro dostarczamy badziewny materiał na budowę organizmu to dostajemy nasze ciała przypominające rozklekotane Łady zamiast luksusowych Mercedesów.

 

Chcemy mieć wolność wyboru, ale konsekwencjami naszych wyborów często obarczamy Boga, lub co nie jest rzadkie, oskarżamy Go o zesłanie ich na nas. My nie przykładamy przecież ręki do tego, że ciało niszczy cukrzyca, chociaż pochłaniamy cukier nawet w ketchupie, dziwimy się, dlaczego zęby dopadła próchnica a skórę, w którą wklepujemy dziwne mazie egzemy i alergie.
Wybór – to słowo klucz.
Nie polega on na wybraniu ascezy i przaśnego życia, lecz wyborze między tym co naturalne, a tym co hodowane na dopalaczach, faszerowane chemicznymi dodatkami, mającymi w nieskończoność wydłużyć oszukaną świeżość takiego powiedzmy chleba.
Wiem, że nie każdego i nie zawsze stać na jakościowo dobre produkty. Czasem nie ma dostępu do zdrowego jedzenia, niepryskanych warzyw i owoców. Czasem jednak to nie problem w dotarciu do zdrowego jedzenia, ale chęć posiadania dużych jego ilości, z których sporo się zmarnuje, lenistwa, by podjechać do rolnika czy sklepu.
Zdrowie jest wypadkową tego co jemy, jak żyjemy czy mamy ruch, kontakt z przyrodą, życzliwymi nam ludźmi.
Gdy – nie lubię tego określenia, ale innego nie znam – prowadzimy zdrowy tryb życia, zyskujemy dobrze pracujący system odpornościowy, a to daje nam ochronę przed bardzo wieloma chorobami.
Jak widzisz, w sporej części sami pracujemy na nasze zdrowie. Gdy je stracimy zwykle nie potrzeba cudu tylko trzeźwej oceny przyczyn choroby i na przykład zmiany diety.

 

Wiele chorób także tych dziedziczonych przez kolejne pokolenia to konsekwencja wyboru któregoś naszego przodka. Przykład z problemem, jaki muszą często dźwigać dzieci alkoholików, jest chyba powszechnie znany, ale nie jedyny. Jeżeli mam długotrwały kontakt z truciznami, funkcjonuję w zatrutym środowisku, jestem wystawiana na promieniowanie – mniejsza o to czy mikrofalowe, czy inne z pakietu szkodliwych – ponoszę odpowiedzialność za mój wybór i konsekwencje, jakie przyniesie. Tak, znam werset mówiący, że uczniom Jezusa będą towarzyszyły znaki a wśród nich takie:

 

 

„Będą brać węże, a choćby wypili coś śmiercionośnego, nie zaszkodzi im”. Mk 16,15

 

 

Ta obietnica nie dotyczy jednak ludzi, którzy wybierają z powodu własnej ambicji, chciwości, picie trucizn czy wsadzanie rąk w gniazdo żmij.
Obietnica działa w takich sytuacjach jak ta, która spotkała Pawła na Malcie. On nie wystawiał Boga na próbę, nie zrobił tego dla publiki, nie chciał zrealizować swoich ambicji. Ot napatoczyła się żmija i dziabnęła go.

 

 

„Po ocaleniu dowiedzieli się, że ta wyspa nazywa się Malta. A barbarzyńcy okazali nam niezwykłą życzliwość. Rozpalili bowiem ognisko i przyjęli nas, bo padał deszcz i było zimno. A gdy Paweł nazbierał naręcze chrustu i nałożył na ogień, na skutek gorąca wypełzła żmija i uczepiła się jego ręki. Kiedy barbarzyńcy zobaczyli gada wiszącego u jego ręki, mówili między sobą: Ten człowiek na pewno jest mordercą, bo choć wyszedł cało z morza, zemsta nie pozwala mu żyć. Lecz on strząsnął gada w ogień i nie doznał nic złego. A oni oczekiwali, że spuchnie albo nagle padnie martwy. Lecz gdy długo czekali i widzieli, że nic złego mu się nie stało, zmienili zdanie i mówili, że jest bogiem.” Dzieje 28;1-6

 

 

Tak, to prawda, że Bóg idzie nam z pomocą nawet wtedy, gdy z własnej głupoty mamy problem ze zdrowiem, ulegniemy wypadkowi, pomaga, uzdrawia, a czasem wykorzystuje sytuację, by nas czegoś nauczyć, coś pokazać naszemu otoczeniu. Może nas uzdrowić, ale nie musi.

 

Kiedyś usłyszałam, że Jezus uzdrawiał wszystkich.
No niezupełnie.
W Ewangeliach mamy opisane sytuacje, gdzie uzdrawiał tych, którzy Go o to prosili. Nie uzdrawiał jednak każdego chorego, jakiego spotykał, a dobrym przykładem jest to, co wydarzyło się przy sadzawce.

 

 

„A jest w Jerozolimie przy Owczej Bramie sadzawka, zwana po hebrajsku Betesda, mająca pięć ganków. Leżało w nich mnóstwo niedołężnych, ślepych, chromych i wychudłych, którzy czekali na poruszenie wody. Anioł bowiem co pewien czas zstępował do sadzawki i poruszał wodę. A kto pierwszy wszedł po poruszeniu wody, stawał się zdrowym, jakąkolwiek chorobą był dotknięty. A był tam pewien człowiek, który przez trzydzieści osiem lat był złożony chorobą. Gdy Jezus zobaczył go leżącego i poznał, że już długi czas choruje, zapytał: Chcesz być zdrowy? Chory mu odpowiedział: Panie, nie mam człowieka, który wniósłby mnie do sadzawki, gdy woda zostaje poruszona. Lecz gdy ja idę, inny wchodzi przede mną. Jezus mu powiedział: Wstań, weź swoje posłanie i chodź. I natychmiast człowiek ten odzyskał zdrowie, wziął swoje posłanie i chodził”. Jana 5;2-8

 

 

Mogę założyć, że leżący tam chorzy byli wierzącymi w Boga Żydami. Wierzyli też, że Bóg ma moc ich uzdrowić i oczekiwali chwili uzdrowienia. Jezus, chodząc pośród nich, podszedł jednak tylko do jednego człowieka.
Jezus nie uzdrawiał tłumów, chociaż czasem można powiedzieć, że dokonywał grupowego cudu, jak miało to miejsce w przypadku 10 trędowatych.

 

 

„Gdy wchodził do pewnej wioski, wyszło mu naprzeciw dziesięciu trędowatych mężczyzn, którzy stanęli z daleka. I donośnym głosem zawołali: Jezusie, Mistrzu, zmiłuj się nad nami! Kiedy ich zobaczył, powiedział do nich: Idźcie, pokażcie się kapłanom. A gdy szli, zostali oczyszczeni. Lecz jeden z nich, widząc, że został uzdrowiony, wrócił, chwaląc Boga donośnym głosem. I upadł na twarz do jego nóg, dziękując mu. A był to Samarytanin. Jezus zaś odezwał się: Czyż nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu? Nie znalazł się nikt, kto by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec. I powiedział do niego: Wstań, idź! Twoja wiara cię uzdrowiła”. Łukasza 17;12-19

 

 

Ta historia jest kubłem zimnej wody dla mnie zawsze, gdy chcę prosić Boga, by coś zmienił w moim życiu, uzdrowił mnie, uwolnił od czegoś. Cud, jaki może się wydarzyć w życiu każdego, nawet ten największy, nie jest gwarancją zmiany w nas, nawrócenia, zmiany priorytetów, pójścia za Bogiem. Jest w Biblii opisane wiele historii, w której bohaterowie są karmieni, uwalniani, uzdrawiani, a jednak nie ma w nich stałej zmiany. Tej przemiany myślenia, którą Nowy Testament nazywa metanoją.
Nauka, jaką wynoszę z opowieści o 10 trędowatych brzmi:

 

Nigdy nie obiecuj Bogu, że zmienisz coś, zostawisz lub zrobisz, gdy cię uzdrowi, uwolni od jakiegoś problemu. Skoro wiesz, że to ważne zmień się, zrób to niezależnie od tego co jest wkoło. O uzdrowienie czy uwolnienie proś bez takich obiecanek. Nie rób z Bogiem handlu wymiennego „dobry uczynek za cud”.

 

Choroba bywa przyczyną śmierci, jednak czasem umierają ludzie dość niespodziewanie. Najbardziej szokuje i boli śmierć dziecka.
Pamiętasz historię pierwszego dziecka, jakie urodziło się Dawidowi i Batszebie?

 

 

„Wtedy Dawid powiedział do Natana: Zgrzeszyłem przeciw PANU. Natan zaś odpowiedział Dawidowi: PAN też przebaczył ci twój grzech, nie umrzesz. Ponieważ jednak przez ten czyn dałeś wrogom PANA powód, by bluźnili, syn, który ci się urodził, na pewno umrze. Potem Natan wrócił do swego domu. A PAN poraził dziecko, które żona Uriasza urodziła Dawidowi, i ciężko zachorowało. Wtedy Dawid wstawił się u Boga za dzieckiem. I Dawid pościł, a gdy wrócił do siebie, leżał całą noc na ziemi. I starsi jego domu przyszli do niego, aby go podnieść z ziemi. On jednak nie chciał i nie jadł z nimi chleba. A siódmego dnia dziecko umarło. I słudzy Dawida bali się powiedzieć mu, że dziecko umarło. Mówili bowiem: Oto póki dziecko jeszcze żyło, mówiliśmy do niego, a on nie słuchał naszego głosu. Jak powiemy, że dziecko umarło, dopiero będzie się trapił. Gdy jednak Dawid zobaczył, że jego słudzy szepcą między sobą, zrozumiał, że dziecko umarło. Dawid więc zapytał swoich sług: Czy dziecko umarło? Odpowiedzieli: Umarło. Wtedy Dawid wstał z ziemi, umył się i namaścił, zmienił swoje szaty i wszedł do domu PANA, aby oddać mu pokłon. Potem wrócił do swego domu i kazał przynieść posiłek, i położyli przed nim chleb, i jadł. Jego słudzy zapytali go: Co znaczy to, co uczyniłeś? Póki dziecko jeszcze żyło, pościłeś i płakałeś, a gdy dziecko umarło, wstałeś i jadłeś chleb. Odpowiedział: Póki dziecko jeszcze żyło, pościłem i płakałem. Mówiłem bowiem: Któż wie, może PAN zmiłuje się nade mną i dziecko będzie żyło. Lecz teraz, gdy już umarło, dlaczego miałbym pościć? Czy mogę je przywrócić do życia? Ja pójdę do niego, ale ono do mnie nie wróci”. 2 Samuela 12;13-23

 

 

Śmierć dziecka to tragedia. Człowiek zadaje sobie pytanie, dlaczego Bóg, skoro jest dobry i może uzdrowić każdego, nie pozwolił temu maluszkowi żyć?!
Gdy pierwszy raz czytałam tę historię, nie rozumiałam decyzji Boga i śmierci dziecka. Gdy po latach coraz lepiej poznawałam historię starożytną, prawa, jakimi rządziły się tamte społeczeństwa, zaczynało do mnie docierać, że Bóg okazał w ten sposób malcowi łaskę.
Może nie zgadzasz się teraz ze mną, ale pomyśl, co spotkałoby to dziecko w życiu.
Dziecko z cudzołóstwa wyciągało na widok publiczny winę rodziców, samą swoją obecnością budziło zgorszenie. Byłoby odrzucone przez ludzi lub byłoby przyczyną pewnego rodzaju złagodzenia podejścia do cudzołóstwa. Nie wiadomo co gorsze. Na pewno spotkałoby się z wieloma przykrymi i bolesnymi sytuacjami w życiu.
Bóg zabrał malca do siebie bez bagażu złych doświadczeń, bez ryzyka, że sama jego obecność obok Dawida będzie zgorszeniem.

 

Śmierć dziecka z tej biblijnej historii budzi często sprzeciw nawet gdy ktoś ma świadomość tego co musiałoby ono przeżyć, czego doświadczyć, gdyby Bóg je uzdrowił.
Dlaczego tak jest?
Może powodem jest to, że boimy się śmierci?

 

Uważam, że to jest bardzo prawdopodobna przyczyna tego buntu przeciw takiemu, a nie innemu biegowi wypadków w historii pierwszego potomka Dawida i Batszeby. Śmierć stała się w naszym społeczeństwie tematem tabu, chociaż jest jej wkoło nas chyba najwięcej w dziejach świata.
Nie lubimy myśleć o śmierci, o tym, że coś jest martwe.
Szynka ląduje na kanapkach wielu ludzi, burgery są pochłaniane w domach, serwują je budki na mieście. Mięso jest na półkach sklepów, jest produkowane w fabrykach. Wolimy jednak nie myśleć, że jeszcze niedawno miało oczy, nogi, sierść, biegało, bawiło się, czuło radość i ból, że to była żywa istota.
O dzieciach rosnących w macicach swoich matek jako społeczeństwo wolimy myśleć jako o zarodkach, niby żywych, ale nie do końca żyjących, tworach komórkowych. Spojrzenie na nie jako na rozwijające się istoty ludzkie zmusza do spojrzenia na swoje własne oceny, decyzje i działanie, gdy ono już jest w tej macicy, ale i nim się tam pojawi.

 

Ludzie umierają – z tym zgadza się każdy. Dotyczy to jednak tych żyjących obok nas. Zwykle trudno myśleć o sobie czy najbliższych jako o śmiertelnych stworzeniach.
Tak naprawdę to każdy kolejny oddech, jaki wypełnia moje czy Twoje płuca, zbliża nas do chwili śmierci.
Fizyczne narodziny to jednocześnie start w biegu do chwili fizycznej śmierci.

 

Piszę ponure rzeczy?
Nie, to fakty.

 

Wierzę, że nie jesteśmy tylko materią, więc sama śmierć fizyczna nie jest końcem, a jedynie momentem przejścia. Wiem, że nawet osoby czytające Biblię różnie rozumieją zmartwychwstanie, życie wieczne, jednak zawsze dostrzegają, że śmierć to nie koniec.
Skoro to nie koniec to czy ma sens bać się śmierci, rozpaczać, gdy przychodzi?
Rozum mówi mi, że nie.
Może więc lęk czy strach dotyczy nie samej śmierci, ale procesu umierania?
Wolałabym zasnąć spokojnie, syta dni jak Abraham, Dawid czy Hiob, a nie doświadczając czegoś bolesnego. Sam proces śmierci to jedno i dobrze by był on jak najlżejszy, najgodniejszy dla nas i naszych bliskich. Jednak po nim jest coś ważniejszego – ocena naszego życia. Wiem, że powinnam użyć tu słowa sąd, bo tak się przyjęło. Sądzenie a ocenianie i wydawanie opinii to to samo.
Z Biblii wnioskuję, że to Jezus wyda o mnie opinię i będzie ona niepodlegająca dyskusji, negocjacji. Najbardziej dotyka mnie fragment z Ewangelii Mateusza mówiący o ocenie ludzi należących do kościoła. Przynajmniej oni mają o sobie takie zdanie, które pewnie podziela często ich otoczenie.

 

 

„A gdy przyjdzie Syn człowieczy w chwale swojej, i wszyscy święci Aniołowie z nim, tedy usiądzie na stolicy chwały swojej, I będą zgromadzone przed niego wszystkie narody, i odłączy je, jedne od drugich, jako pasterz odłącza owce od kozłów. A postawi owce zaiste po prawicy swojej, a kozły po lewicy. Tedy rzecze król tym, którzy będą po prawicy jego: Pójdźcie, błogosławieni Ojca mego! odziedziczcie królestwo wam zgotowane od założenia świata. Albowiem łaknąłem, a daliście mi jeść; pragnąłem, a daliście mi pić; byłem gościem, a przyjęliście mię; Byłem nagim, a przyodzialiście mię; byłem chorym, a nawiedziliście mię; byłem w więzieniu, a przychodziliście do mnie. Tedy mu odpowiedzą sprawiedliwi, mówiąc: Panie! kiedyżeśmy cię widzieli łaknącym, a nakarmiliśmy cię? albo pragnącym, a napoiliśmy cię? I kiedyśmy cię widzieli gościem, a przyjęliśmy cię? albo nagim, a przyodzialiśmy cię? Albo kiedyśmy cię widzieli chorym, albo w więzieniu, a przychodziliśmy do ciebie? A odpowiadając król, rzecze im: Zaprawdę powiadam wam, cokolwiekieście uczynili jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili. Potem rzecze i tym, którzy będą po lewicy: Idźcie ode mnie, przeklęci! w ogień wieczny, który zgotowany jest dyjabłu i Aniołom jego. Albowiem łaknąłem, a nie daliście mi jeść; pragnąłem, a nie daliście mi pić; Byłem gościem, a nie przyjęliście mię; nagim, a nie przyodzialiście mię; chorym i w więzieniu, a nie nawiedziliście mię. Tedy mu odpowiedzą i oni, mówiąc: Panie! kiedyśmy cię widzieli łaknącym, albo pragnącym, albo gościem, albo nagim, albo chorym, albo w więzieniu, a nie służyliśmy tobie? Tedy im odpowie, mówiąc: Zaprawdę powiadam wam, czegościekolwiek nie uczynili jednemu z tych najmniejszych, i mnieście nie uczynili. I pójdą ci na męki wieczne; ale sprawiedliwi do żywota wiecznego”. Mateusza 25;31-46

 

 

Ostatni werset jest w polskich tłumaczeniach, że tak to ujmę, teologicznie zmanipulowany. Ma po prostu ułatwiać udowodnienie pewnej tezy, która wcale nie jest taka oczywista, jakby tłumacze chcieli. Zamiast owych mąk (inaczej mówiąc tortur, cierpienia) wiecznych powinno być słowo kara.

Jedni idą na karę wieczną, a drudzy dostają życie wieczne.

 

Ważniejsze jest jednak w tym fragmencie postawienie po dwóch stronach ludzi mówiących o Jezusie, zbawieniu, bożej drodze i tych pokazujących to w działaniu.
Nie wymienia tu godzin spędzonych na modlitwie, dni postu, spotkań wierzących a proste i praktyczne okazywanie miłości bliźniego.
Ten fragment Ewangelii łączy się i dobrze tłumaczy List Jakuba, a zwłaszcza tak nielubiany przez jednych i kochany przez innych fragment mówiący o relacji wiara-czyn.

 

 

„Cóż to pomoże, bracia moi, jeśli ktoś mówi, że ma wiarę, a nie ma uczynków? Czy wiara może go zbawić? Jeśli brat albo siostra nie mają się w co przyodziać i brakuje im powszedniego chleba, a ktoś z was powiedziałby im: Idźcie w pokoju, ogrzejcie się i nasyćcie, a nie dalibyście im tego, czego ciało potrzebuje, cóż to pomoże? Tak i wiara, jeżeli nie ma uczynków, martwa jest sama w sobie. Lecz powie ktoś: Ty masz wiarę, a ja mam uczynki; pokaż mi wiarę swoją bez uczynków, a ja ci pokażę wiarę z uczynków moich. Ty wierzysz, że Bóg jest jeden? Dobrze czynisz; demony również wierzą i drżą. Chcesz przeto poznać, nędzny człowieku, że wiara bez uczynków jest martwa?” Jakuba 2;14-20

 

 

Ani Jezus w zacytowanym wyżej fragmencie z Ewangelii Mateusza, ani Jakub w liście nie twierdzą, że uczynki, działanie, nasze zabiegi, mają moc zbawczą. Mówią, że to działanie, czyny pokazują, że jest ona prawdziwa, żywa, a nie jedynie gawędziarstwem chrześcijańskim.

 

Boimy się śmierci, procesu umierania czy tej oceny naszego faktycznego stanu wiary przez Jezusa?
Na pewno warto zastanowić się nad tym.

 

Sześć tygodni temu mierzyłam się z trudnym doświadczeniem.
Przed weekendem przyszła choroba, która wydawała się zwykłym sezonowym zagrypieniem. Po weekendzie przyszło nagłe pogorszenie. Moje płuca odmówiły współpracy z resztą organizmu.
Mam z nimi problemy od lat więc zwykle podchodzę do tego rodzaju trudności z ich strony spokojnie. Byle zapalenie płuc nie powoduje u mnie już wielkiego strachu.
Tym razem było jednak inaczej, nawet jak na mnie zrobiło się hardkorowo. Mówiąc w skrócie, przestawałam oddychać, saturacja leciała na łeb na szyję. Gdy w karetce odzyskałam na jakiś czas świadomość, pamiętam, jak patrzyłam na sine palce rąk i pomyślałam: „Tak po prostu koniec, teraz?”
Wiedziałam, że nic z tym nie mogę zrobić, nie mam na nic wpływu.
Przez kolejne kilka dni traciłam i odzyskiwałam świadomość. Pamiętam jakieś strzępy tego co się działo ze mną i wkoło mnie. Monitory, rurki, kabelki, towarzyszyły mi przez kolejne kilkanaście dni. Gdy wreszcie mogłam zebrać myśli zaczęłam zastanawiać się nad tym co by się zmieniło dla tych, którzy tu zostają, gdyby wtedy moje płuca jednak nie zaskoczyły i nie zaczęły pompować do krwi tlenu.
To była ciekawa rozkmina.
Okazało się, że osoby, po których nie spodziewałam się, że zauważą moje zniknięcie, dzwoniły, pisały maile, sms-y, wiadomości z pytaniem co ze mną, gdzie zniknęłam, jak mogą pomóc. Byli także ludzie, po których oczekiwałam zainteresowania i troski, którzy nie odezwali się nawet wtedy, gdy dowiedzieli się, że leżę pod tlenem, podłączona do monitorów w szpitalu.
Choroba zmusiła mnie do zadania sobie pytań czy inwestuje swój czas w relacje z tymi ludźmi, z którymi powinnam, czy robię to co powinnam.

 

Czas to w życiu towar bardzo kosztowny i nigdy nie wiemy, kiedy okaże się, że wyczerpała się przypadająca na nas jego porcja.

 

Doceniam to, że Bóg dał mi tę lekcję i dalsze życie. Doświadczyłam w nim choroby, byłam bliska śmierci, a jednak wyzdrowiałam. Mogę powiedzieć, że Bóg mnie uzdrowił, bo chociaż nie zrobił tego w jednym momencie, to zaczęłam samodzielnie oddychać na długo przed terminem, jaki podawali w optymistycznej wersji lekarze.

 

Śmierci nie ma sensu się bać, jest nieunikniona.
Ważne, by przeżyć dobrze życie.

 

W szpitalu słyszałam w głowie piosenkę, która była śpiewana podczas mojego chrztu, o której praktycznie zapomniałam na wiele lat. Napisał ją sto lat temu Sadhu Sundar Singh, uczeń Jezusa, który zewnętrznie wyglądał jak hinduski mędrzec, a nie chrześcijański misjonarz.
W mojej głowie brzmiały raz za razem zwłaszcza dwa pierwsze wersety tej piosenki.

 

 

Postanowiłem pójść za Jezusem.
Nie wrócę już, nie wrócę już!

Chociaż samotny tą drogą idę
Nie wrócę już, nie wrócę już!

Ten świat jest za mną, a Krzyż przede mną
Nie wrócę już, nie wrócę już!

Ach, zabierz świat ten i daj mi Zbawcę
Nie wrócę już, nie wrócę już!

 

 

Postanowiłam iść za Jezusem ponad ćwierć wieku temu. Różnie wyglądało to moje kroczenie po Jego śladach i życie zgodne z Jego nauką. Sześć tygodni temu zdarzyło się coś, co zmusiło mnie do uważnego przyglądnięcia się temu jak wykorzystałam czas, który miałam.
Chorobie także przyjrzałam się uważnie, zastanawiając się, ile jest mojego wkładu, że tym razem było tak hardkorowo. Zastanawiałam się, czego mnie ta sytuacja uczy, czy aby Bóg nie użył jej, by mnie obudzić, wybić niejako z kolein, jakimi toczyło się moje życie, sposób myślenia. Po powrocie do domu przeczytałam sporo z tego co wcześniej opublikowałam na Kwadransie. Wiele z tego tym razem było teraz słowami do mnie skierowanymi.
Dziwne doświadczenie.

 

Jest jeszcze jedna ważna nauka, jaką wyniosłam z tej choroby: koniec przyjść może w każdej chwili, bez ostrzeżenia, warto być na to przygotowanym.
Duchowe przygotowanie jest bardzo ważne, ale to nie wszystko. Przeczytałam kiedyś zdanie (niestety nie pamiętam, kto jest jego autorem i gdzie je czytałam):

 

„Ludzie zapamiętają nas po śladach, jakie zostawiamy”.

 

 

Te ślady to doświadczenia, jakie mieli z nami, rozmowy, spędzony razem czas, wspólna praca, działania, słowa, jakie wypowiadamy, piszemy. Są jednak i rzeczy bardzo namacalne, jakie zostawię po sobie.
Jezus mówił o takim śladzie, jaki mamy zostawiać.

 

 

„Nowe przykazanie daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, jak Ja was umiłowałem; abyście się i wy wzajemnie miłowali. Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli miłość wzajemną mieć będziecie.” Jana 13;34-35

 

 

Dziwny ten rok jest.
Trudny, polaryzuje wiele spraw.
Jest dla mnie, w pewnym sensie, powrotem do początków.

 

Jeżeli teraz przechodzisz przez chorobę, ciężki czas, może warto przepuścić to co myślisz, czego doświadczasz, przez sito sprawdzając, ile w tym mojego wkładu, ile tu Bożego działania, jaka nauka z tego wynika.
Zadaj sobie pytanie: A gdyby teraz mój czas się skończył, co po sobie zostawię?

 

Beata

 

4 komentarze

  • Tomasz 30 grudnia 2020 at 22:39

    Cieszę się Beato, że jesteś.
    „Bo myśli moje nie są myślami waszymi, ani drogi wasze moimi drogami”.
    Pozdrawiam Cię serdecznie,
    Tomasz

  • Iwona 24 stycznia 2021 at 19:23

    Dziękuję za podzielenie się tym osobistym doświadczeniem i przemyśleniami. Od dłuższego czasu rozmyślam nad kwestią choroby i uzdrowienia w życiu wierzącego chrześcijanina. Rozważam kwestię potęgi wiary lub jej braku w sytuacji zetknięcia się z problemem, daru uzdrawiania, braku tego daru w kościele. A tu dla mnie dodatkowa, bardzo ważna lekcja – lekcja pokory w przyjmowaniu tego, co Stwórca dla nas przygotował – poparta przykładami z całej historii biblijnej. Dziękuję.

    • Podkop 25 stycznia 2021 at 11:44

      „Potęga wiary” to tylko i aż miara naszego zaufania Stwórcy.
      Od pewnego czasu staram się zastępować słowo wiara właśnie słowem zaufanie. Ta niewielka zmiana powoduje u mnie odświeżenie wielu kwestii związanych z Bogiem.
      Z mojego doświadczenia wynika, że nie brakuje uzdrowień i innych darów w kościele. Nie manifestują się one jednak w świetle reflektorów. Są darowane w „komorze modlitwy”, tam, gdzie spotyka się „dwóch lub trzech”.
      Jakie są Twoje przemyślenia?

Zostaw komentarz

%d bloggers like this: