Detoks – przepis króla Salomona

Detoks to słowo dość często pojawiające się w mediach, zwłaszcza wiosną. Zwykle pada w połączeniu z dietą. Detoksy sokowe, jaglany – te tak na szybko przychodzą mi do głowy. Mają one usunąć szkodliwe substancje z organizmu, czyli toksyny.

 

 

Toksyna — substancja chemiczna wytwarzana przez organizmy żywe, mająca właściwości trujące dla innego organizmu.

 

 

W praktyce oznacza to, że do mojego ciała dostała się trucizna, która je teraz niszczy. Można zjeść muchomora i zatruć się, można też dotknąć trucizny albo być dotkniętym przez stworzenie ją wytwarzające jak meduza Chironex fleckeri nazywana osą morską i odczuć to na własnej skórze. Toksyny i skutek ich działania dotyczą tu świata materialnego.

 

Słyszałeś pewnie o czymś takim jak toksyczne związki, toksyczni ludzie, którzy działają destrukcyjnie nie tyle na materię – ciało innych osób, co na ich psychikę, wolę życia, charakter. Takie jednostki nie są wcale rzadkie, a relacje z nimi nie w każdej sytuacji są toksyczne. Dobra, z ręką na sercu powiem, że każdemu zdarza się być trucizną dla kogoś. Mnie zdarzało się, chociaż wcale nie miałam zamiaru tak działać na inną osobę.

 

Najłatwiej doprowadzić mnie do zaliczenia padu na twarz i braku chęci podjęcia dalszej walki, by coś zrobić, pokonać przeszkody jest pewien rodzaj podcinania skrzydeł. Gdy jestem już u kresu sił, wkładam w coś serce, czas i całą siebie, jestem już zmęczona, powoli tracę nadzieję na dobry koniec sprawy, a tu pojawia się światełko w tunelu, pierwszy mały sukces. Taki malusieńki jak iskierka.
Jednak to od małej iskierki może rozpalić się wielki ogień, chociaż ona sama mając wielki potencjał, jest bardzo krucha i delikatna. Byle podmuch potrafi ją zgasić.
W takiej sytuacji, gdy mój sukces jest ledwie iskierką, potrzebuję a chyba nie tylko ja, odrobiny pomocy, by uwierzyć, że rozpalę to ognisko. Jeżeli nie pomocy to przynajmniej osłony od wiatru. Są nią słowa, gesty, takie jak „dasz radę”, „jesteś kolejny krok do przodu” albo milczenie. Wszystko byle nie słyszeć wyliczanki: „a mogłaś osiągnąć to wcześniej gdybyś…”, „jeszcze tego nie dopracowałaś i tamto nie jest idealne”.
Takie słowa to trucizna, która zatruwa…

 

No właśnie, co?

 

Serce i to rozumiane tak jak mówi o nim Biblia. Jest tam miejscem woli, decyzji, charakteru, rozumu, odwagi.

 

 

Serce i rozum

 

 

By odzyskać siły po przyjęciu trucizny, trzeba zablokować jej dostęp do siebie. Ciało nie zjada już muchomorów, nie łapie gołymi rękoma meduz. Serce nie pozwala, by czyjeś słowa osłabiały ducha.
Idziemy na detoks.

 

 

Detoks — usuwanie z organizmu substancji trujących.

 

 

Zastanawiałam się, jakie miejsce, organ, działanie jest najważniejsze dla życia człowieka. Nie mówię tu tylko i wyłącznie o biologicznym przetrwaniu, ale tym by żyć w zgodzie z sobą i tym, co jest naprawdę ważne dla mnie.
Co muszę chronić przed toksycznym wpływem z zewnątrz mogącym mnie zmienić nawet bez mojej zgody, tak jak trucizna sieje spustoszenie w organizmie biologicznym. Salomon lokalizuje taki czuły punkt człowieka, miejsce, które jest w nim źródłem życia.

 

 

„Czujniej niż wszystkiego innego strzeż swego serca, bo z niego tryska źródło życia”.
Przypowieści Salomona 4;23

 

 

Znowu serce, centrum ciała, ale i duchowej istoty, jaką jesteśmy, po prostu człowieka.

Przeprowadzenie detoksu wydaje się proste, wystarczy nie przyjmować trucizny. Te biologiczne dostają się do ciała przez układ pokarmowy, oddechowy i skórę.
Jak trafiają tam toksyny niematerialne a duchowe?
Są dwa kanały, jakimi przyswajam tego rodzaju trucizny – to oko i ucho.

 

O ile większą uwagę zwracamy zwykle na to, co słyszymy, to obrazy przelatują przed oczami prawie nierejestrowane przez nasz umysł/serce. Tak przynajmniej pozornie się zdaje.
Żyjemy w obrazkowej cywilizacji. Reklamy są wszędobylskie. Zamiast książek są komiksy. Obrazkowe historie opowiadają wiadomości w telewizji. Wszystko jest mocno doprawiane wojną, przemocą, przelaną krwią, seksem. Katastrofa goni skandal i tak na okrągło. Zaczynamy podobnie widzieć otaczający nas świat.
Jak zaprogramowane automaty wyłapujemy złe rzeczy, brud, brzydotę lub napędzamy się pożądaniem rzeczy, które trzeba mieć, by dobrze żyć. Przez oko sączy się do serca/umysłu strach i chciwość, poczucie niespełnienia, wiecznego braku czegoś. Wypełnia je.

 

 

„Gromadźcie sobie skarby w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą i gdzie złodzieje nie włamują się i nie kradną. Bo gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje. Światłem ciała jest oko. Jeśli więc twoje oko jest zdrowe, całe twoje ciało będzie w świetle. Lecz jeśli twoje oko jest chore, całe twoje ciało będzie w ciemności. Jeśli więc światło, które jest w tobie, jest ciemnością, jakże wielka to ciemność! Nikt nie może dwom panom służyć”.
Mateusz 6;20-24

 

 

Biorcą toksyn jest moje ucho, ale siewcą trucizny mogę zostać sama, używając słów. Słowa mają moc.
O dziwo, ludzkie słowa mają większą moc tworzenia w świecie duchowym niż materialnym. By „słowo ciałem się stało” w wykonaniu człowieka, potrzebne są jeszcze jego ręce.
W duchowym wymiarze samo słowo wypowiedziane czy tylko napisane ma moc podnieść kogoś złamanego i złamać twardziela, pozbawić czci i szacunku prawego a wywyższać i przypisywać zasługi draniowi. Plotka zniszczyła nie jedno życie.
Słowa tworzą idee, a te zmieniają ludzkie myślenie. W przypadku każdej idei można powiedzieć, że „na początku było ludzkie słowo”, bo myśl ubrana w nie ma moc wpływać na innych. Faszyzm, demokracja, marksizm, abolicjonizm – to wszystko nie zaistniałoby, gdyby ktoś nie ubrał myśli w słowa.
Myśl, która zrodziła się w zatrutym sercu/umyśle może mieć długotrwałe i sięgające bardzo daleko konsekwencje.

 

 

„Jeszcze nie rozumiecie, że wszystko, co wchodzi do ust, idzie do żołądka i zostaje wydalone do ustępu? Ale to, co z ust wychodzi, pochodzi z serca i to kala człowieka. Z serca bowiem pochodzą złe myśli, zabójstwa, cudzołóstwa, nierząd, kradzieże, fałszywe świadectwa, bluźnierstwa. To właśnie kala człowieka. Lecz jedzenie nieumytymi rękami nie kala człowieka”.
Mateusza 15;17-20

 

 

Nie wygląda to dobrze skoro mam pilnować się na każdym kroku, bo to, na co patrzę i czego słucham, może być trucizną. Samokontrola i praca nad sobą, swoim charakterem to nie brzmi przyjemnie, a jednak wraca jak bumerang w Biblii.
Czy takie podejście nie oznacza aby skrajnego ograniczenia kontaktu ze światem zewnętrznym?
Paradoksalnie nie.
Jezus wysyła swoich uczniów do ludzi, w świat. Jak być w toksycznym środowisku, wywracającym do góry nogami wszystkie wartości, jakie przekazuje Mistrz i nie ulegać zatruciu?
Posty, minimalizm bywają pomocne, ale nie gwarantują sukcesu. Można odlecieć w swoją własną wersję „czystości” i zamknąć się w getcie podobnie myślących ludzi. Gdy szukałam odpowiedzi jak to zrobić przyszło mi do głowy, że trzeba być jak szkło, a konkretnie mieć takie serce/umysł.
Poważnie. Szkło praktycznie nie reaguje z niczym. Toksyny mu nie straszne, kwasy i inne paskudztwa także się go nie imają. Nie znaczy to, że jest brudoodporne. Takie doskonałe szklane serce może dać Bóg.

 

 

„Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest wola Boża: co jest dobre, co Bogu przyjemne i co doskonałe”.
Rzymian 12;2

 

 

Proces odnowienia umysłu musi cały czas być w toku. Nie ma sensu wchłaniać niepotrzebnie toksyn. Po co patrzeć na przelewaną w wojnach krew, oglądać zdjęcia z katastrof, jeżeli poza wiedzą, że coś takiego miało miejsce i pochłonięciu obrazów nic nie zamierzam z tym zrobić?
Nie muszę widzieć jak ludzi zabijają, jak pokiereszowane są ciała po zamachu. Te obrazy są pomocne jedynie dla medyków starających się ratować ofiary zamachu i śledczych szukających śladów, jakie mógł zostawić sprawca tragedii.

 

Jeszcze nie tak dawno temu uważałam, że muszę być na bieżąco z informacjami o tym, co się dzieje na świecie w polityce, gospodarce. Czasem bywałam małą encyklopedią wiedzy o aktualnej sytuacji na świecie. Obrazy, jakie oglądałam, zdobywając ją na stałe wdrukowały się w moją pamięć.
Po co?
Nie wiem. Nie zostałam politykiem, nie piszę o polityce ani gospodarce, nie jestem analitykiem.
Jedyny owoc, jaki dała mi ta wiedza, to dość ciemny obraz świata i przyszłości, który na jakiś czas przysłonił mi sens i cel tego, do czego powołał człowieka Bóg.
By znowu zobaczyć, że przyszłość jest w ręku Boga i to On zdecyduje, jaka będzie, że nie wszystko, co mnie otacza, zmierza do katastrofy jak twierdzą media i naukowcy – jak nie dziura ozonowa to globalne ocieplenie. By przypomnieć sobie, że wojny były od zawsze, ale były też piękne rzeczy nawet w czasie ich trwania jak rozejm bożonarodzeniowy z 1914 roku. Potrzebowałam detoksu.

 

Zawsze polega on na odcięciu drogi, jaką toksyny dostają się do organizmu i usunięciu jak największej ilości tych, które już wchłonął.
W przypadku toksyn ze świata niematerialnego są to obrazy, dźwięki, słowa. Zero wiadomości, filmów, komputera, telewizji, radia, prasy, książek przez jeden dzień czyni cuda.
Najpierw ujawnia, jak mocno jest się uzależnionym od tych wiecznie bombardujących człowieka bodźców dźwiękowych i obrazów.
Cisza potrafi aż boleć.
Powoli jednak zaczyna się słyszeć własne myśli, te prawdziwe, nienapędzane przez świat zewnętrznych wydarzeń, reklam, wiadomości. Wytrwanie cały weekend bez nich potrafi postawić do pionu. Zaczyna się dostrzegać rzeczy, które naprawdę są ważne dla każdego człowieka i na nich się skupiać.
Praca, media społecznościowe, rozdzwoniony wiecznie telefony nie są moim życiem.
Gdyby ich nie było, ja nadal mogę żyć. Ciężko za to byłoby mi bez zdrowia, kilku najbliższych ludzi, słońca, czystego powietrza i zieleni roślin.

 

Kwadrans takiego detoksu codziennie oczyszcza serce/umysł i ciało. Rozumiem, dlaczego Jezus wskazuje odosobnione miejsce, jako najwłaściwsze do modlitwy.

 

 

„Ale ty, gdy się modlisz, wejdź do swego pokoju, zamknij drzwi i módl się do twego Ojca, który jest w ukryciu, a twój Ojciec, który widzi w ukryciu, odda ci jawnie”.
Mateusz 6;6

 

 

To miejsce detonujące – odcięte od bodźców, jakimi bombarduje mnie otoczenie. Modlitwa w tej komorze może zacząć się od tej, której uczył Jezus. Jej początek ma w sobie także element detoksu, gdy „ja” trzeba zamienić na „my”.

 

 

Ojcze nasz – czyli kłopoty z liczbą mnogą

 

 

Nie ukrywam, że zastosowanie rady Salomona „Czujniej niż wszystkiego innego strzeż swego serca, bo z niego tryska źródło życia” jest trudnym procesem, wymaga skupienia i uwagi oraz regularnego odtrucia. Mnie dobrze robi kilka dni w górach, z dala od cywilizacji, bez internetu. Ładnych parę lat nie miałam już takiego czasu i czuję, że to dobry moment by go zaplanować.

 

Beata

 

 

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

%d bloggers like this: