Sól jest ważna nie tylko w kuchni jako przyprawa i konserwant, ale i w utrzymaniu żywych organizmów przy życiu. Sól kuchenna jest najtańszym oraz łatwo dostępnym elektrolitem. Wystarczy dodać szczyptę do wody i izotonik gotowy. Wiele razy pojawia się na kartach Biblii. Jezus porównuje do niej swoich uczniów. Brzmi pięknie, jest bardzo obrazowe.
Odkąd je poznałam wracało do mnie wielokrotnie a za każdym razem czułam, że kryje się za nim coś więcej niż już odkryłam, że trzeba zajrzeć głębiej. Zwykle nie wystarczy poświęcić czasu na studiowanie jakiegoś tematu, by go solidnie zgłębić, dobrze rozgryźć od strony definicji, reguł i praw rządzących światem czy też od strony technicznej. Są sprawy, które rozumiemy lepiej dopiero po upływie miesięcy, lat, gdy dojrzewamy, a czasem dopiero wtedy, gdy konkretne wydarzenia w naszym życiu czy na świecie będą miały miejsce, nauczą nas jak łączyć fakty, pozwolą dostrzec nieoczywiste konsekwencje, zrozumieć ich znaczenie i wagę. Minęło prawie 12 lat od opublikowania „Słonego odcinka”, mojego pierwszego podejścia do tematu.
Dzisiaj moje rozumienie soli, o którym mowa w tym fragmencie, przeskoczyło na kolejny poziom. Czy ostatni nie wiem, ale na pewno dość mocno rozszerza, a nawet w niektórych punktach zmienia je. Zmusiło też do dokładniejszego zastanowienia się nad moimi wyborami.
„Wy jesteście solą dla ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi. Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też światła i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu. Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie”. Mateusz 5:13-17
Starym zwyczajem zacznę od słownika. Słowo tłumaczone w polskich Bibliach jako zwietrzała sól to μωραίνω (mōrainō), ma jednak inne znaczenie, jest nim zgłupieć, stać się głupim. Bywa tłumaczone jako zmieszane. Rozumiem to tak, że sól stała się do niczego przez głupotę.
W Marku brzmi to tak
„Dobra jest sól; lecz jeśli sól smak utraci, czymże ją przyprawicie? Miejcie sól w sobie i zachowujcie pokój między sobą”. Marka 9:50
Tu sól staje się po prostu ἀναλός (analos) – bezsolna, niesłona.
Jak sól może być bezsolna, stracić słoność?
W jeden sposób – przez zmieszanie jej z innymi substancjami. Im więcej dodatków tym ma mniejsze właściwości konserwujące i dające słony smak. Wszystko proste, jasne i logiczne.
Pytanie, jak to przełożyć w praktyce na moje oraz każdego innego ucznia Jezusa bycie solą, o której on mówi w zacytowanych fragmentach Ewangelii?
Żyjemy w świecie, otoczeni przez zwyczaje, prawo, kulturę, technikę, ludzi. Każdy chce w miarę normalnie i rozsądnie korzystać z życia i dóbr jakie ono daje. Ramy, w których mamy się poruszać i brać z nich garściami, czasem tylko szczyptę, a czasem omijać z daleka, wyznaczają dwa proste prawa, według których mamy poruszać się w życiu, zasady, którymi mamy się kierować. Jezus mówi o dwóch najważniejszych przykazaniach, na których opiera się całe Prawo i Prorocy.
„Widząc, że Jezus” dobrze im odpowiedział, zapytał Go: „Które przykazanie jest pierwsze ze wszystkich? Jezus rzekł: „Pierwsze jest: Słuchaj, Izraelu! Pan, Bóg nasz, jest Panem jedynym. Będziesz miłował Pana, swego Boga, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą. Drugie jest to: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Nie ma innego przykazania większego od tych”. Marka 12:28-31
Mimo tego, że słowa takie jak serce, dusza czy siła rozumiemy, to jednak jest tu drobny problem. Rozumiemy je dzisiaj inaczej, niż rozumieli je autorzy piszący Biblię. Znaczenie słów zmienia się w czasie, kulturze, ale ma na to wpływ także sposób myślenia. Widzenia świata różny dla różnych ludów. Właśnie język i kod kulturowy mają tu kluczowe znaczenie, o czym wie każdy, kto uczył się języka obcego starając się przy tym poznać kulturę kraju lub krajów, w których nim mówią ludzie. Nie trzeba tu daleko szukać, jeżeli uczyłeś się niemieckiego, wiesz, że porządek i to grzeczne czekanie na odpowiedź nie wynika tylko z kinder sztuby, ale z konieczności, by zrozumieć co mówi druga osoba. Sens załapiesz, dopiero gdy dosłuchasz do kropki. Język to także kalka naszych zachowań, norm. Trafiłam niedawno na pyskówkę internetową w komentarzach pod propozycją, by podobnie jak w innych językach o pierwszym języku i tym który jest dla nas podstawowy, uczony od urodzenia mówić język matczyny. Autorkę propozycji chciano zlinczować za sam pomysł. Tymczasem prawda jest taka, że zwykle o tym pierwszym języku mówi się matczyny lub rodowy. To matka mówi do dziecka, w swoim języku jeszcze nim ono się narodzi, to ród, z którego pochodzi człowiek, ma swoje korzenie w konkretnym języku. Silne znaczenie patriarchatu może wpływać na nazywanie go ojczystym, ojcowskim. W komentarzach było nagminne wywodzenie zwrotu język ojczysty od ojczyzny. Językiem mówią ludzie, uczysz się go od matki, ojca, krewnych – rodu. Ojczyzna to ziemia ojca, w węższym zakresie to ojcowizna. Dzisiaj ojczyznę rozumiemy jako kraj położony na sporym kawałku ziemi. Ludzie mówią tam różnymi językami, a przynajmniej dialektami, które mogą być tak dalekie od siebie, że prawie niezrozumiałe. Wyobraź sobie grilla, na którym spotyka się Kaszub, Ślązak, Góral, Podlasiak i stary Warszawiak. Wszyscy Polacy z pokolenia w pokolenie. W teorii wszyscy mówią po polsku, ale jednak ten ich język mocno się różni. Taka sytuacja ma miejsce w praktycznie każdym kraju.
Są języki, w których nie ma pewnych słów, w innych pojawia się nadmiar nazw na prostą rzecz jak np. śnieg w języku norweskim. Są języki, w których brak rodzajników i odkrycie jakiej ktoś jest płci nie jest tak proste, jak w języku polskim. Poruszając się po dzisiejszym świecie, co rusz napotykamy takie językowe niespodzianki a czasem pułapki. Normalne jest, że przed podróżą do krajów z innym językiem, kodem kulturowym, trzeba poznać przynajmniej podstawowe różnice w rozumieniu zachowań, zwyczajach, by niechcący nie obrażać ludzi tam żyjących.
Nasza – rozumiem przez to dzisiejszą zachodnią, nazwę ją euroamerykańską, wyrosłą na chrześcijańskich korzeniach – kultura jest mocno hedonistyczna, skupiona na jednostce o rozbuchanym indywidualizmie, z mocnym przekonaniem o sprawczości człowieka posiadającego wolną wolę, żyjącą iluzją wolności i równości ludzi, ponieważ sama ją mocno ogranicza dając większe prawa preferowanym na danym terenie grupom. Nie rozumiemy sposobu myślenia i wyborów np. Japończyka, gdzie jednostka jest tylko częścią społeczności i to jej dobro jest nadrzędne.
Biblia jest pisana językiem prostym i zrozumiałym, jednak jest on taki dopiero wtedy, gdy poświęcimy trochę czasu na poznanie sposobu myślenia i znaczenia słów, kodu kulturowego jej autorów. Pisali ją ludzie z Bożej inspiracji/natchnienia, językiem ludzi swoich czasów, stosując kod kulturowy, w którym żyli. To nie jest słabością Biblii, przeciwnie, sprawia, że przekaz jest aktualny mimo zmian kultur, zwyczajów, tłumaczeń na różne języki. Serce w zacytowanych fragmentach nadal znaczy to, co znaczyło w momencie zapisu słowa. To nie siedlisko romantycznych uczuć, ckliwa ozdoba kartek i bukiecików.
Nie trzeba kończyć studiów, tracić lat poznawania greki czy hebrajskiego biblijnego, by dotrzeć do właściwego znaczenia i przekazu tekstu. Żyjemy, dzięki Bogu, w czasach, gdy mamy dostęp do interlinearnych tłumaczeń tekstu, słowników. Tak naprawdę to nawet nie trzeba za to płacić, bo wystarczy dostęp do internetu i otwarcie trzech stron:
z tekstem Biblii z zapisem interlinearnym i kodami Stronga;
no i jakakolwiek strona z tekstem Biblii, najlepiej w różnych tłumaczeniach. Od pewnego czasu polecam tłumaczenie Paulińskie ze względu na jakość tekstu, ale i opisy, komentarze wyjaśniające pojęcia itp. Jest dostępne online za darmo, po zalogowaniu się TU
Zdradzę, dlaczego tak dużo miejsca poświęciłam na ten wstęp. Na początku ubiegłego roku zaczęłam nagrywać cykl „Co mną kieruje, co mnie kształtuje”. W założeniu miało to być 50 części, w których badam, na czym i dlaczego buduję swój obraz Boga. W jakim stopniu są one ukształtowane przez Biblię, jak bardzo przez naukę i wiedzę, jak dalece przez tradycję, w której wyrosłam lub w której żyłam. Miała to być osobista refleksja, którą się dzielę.
W tych poszukiwaniach doszłam do bardzo ważnego odkrycia. Zrozumienie tekstu to podstawa. Biblia i nauki, jakie są na jej podstawie dzisiaj głoszone, bardzo często opierają się na tradycji, prywatnych przekonaniach nauczającego, nie zaś na tym, co faktycznie jej tekst zawiera.
Jestem uczniem Jezusa, chcę iść przez życie za Nim, postępować zgodnie z Jego naukami. On powiedział, że mam być jak sól i światło. Gdybym miała w jak najbardziej esencjonalny sposób streścić Jego nauczanie, zamknęłoby się w dwóch przykazaniach, tym o miłości Boga i tym o miłości bliźniego. To one czynią ze mnie sól i światło.
„Będziesz tedy miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej siły swojej”. Powtórzonego Prawa 6:5
Miłość Boga okazujesz sercem, duszą i swoją siłą. Znaczenie słów jest jednak nieco inne to znane dzisiaj w powszechnej kulturze czy nawet chrześcijaństwie.
Serce to לֵבָב (laybawb) a jest tu źródłem umysłu, zrozumienia, woli, refleksji, sumienia.
Dusza to נֶפֶשׁ (nefesz) rozumiany jest jako żywa istota, życie, oddychająca istota.
Siła w teście to מְאֹד (mehod) rozumiane jako siła, jej obfitość, wielkość.
„Widząc, że Jezus” dobrze im odpowiedział, zapytał Go: „Które przykazanie jest pierwsze ze wszystkich? Jezus rzekł: „Pierwsze jest: Słuchaj, Izraelu! Pan, Bóg nasz, jest Panem jedynym. Będziesz miłował Pana, swego Boga, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą. Drugie jest to: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Nie ma innego przykazania większego od tych”. Marka 12:28-31
„Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe? On odpowiedział: Będziesz miłował Pana, swego Boga, całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie jest podobne do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy”. Mateusza 22:36-40
Serce w tekście to καρδία (kardia) to źródło inteligencji, myśli, woli, charakteru, pragnień.
Dusza to ψυχή (psuche) to przede wszystkim siła życiowa, to co ożywia, oddech, tchnienie życia.
Umysł to διάνοια (dianoia) a oznacza umysł jako sposób myślenia, rozumienie, odczuwanie, ale i pożądanie.
Siła/moc to ἰσχύς (ischus) a oznacza siłę, moc, ale i zdolności.
Kochać Boga swoją siłą, mocą, zdolnościami, to tyle, co poświęcać Mu czas i pracę, którą wykonuję. Mam dosyć siły na pracę zarobkową, wędrówki po górach, poświęcenie swoich zdolności dla hobby, ale ile z tego jestem gotowa oddać na sprawy tylko z nim i dla Niego związane, na bycie w ciszy z Nim czytając Słowo, modląc się?
Warto zastanowić się co jest na drugim końcu skali miłości Boga, to czym nie oddaje Bogu należnej Mu miłości swoim zachowaniem, wyborami, sposobem myślenia, pragnieniami?
Wskazówka jest w Liście do Rzymian
„Nie upodabniajcie się do tego świata, ale przemieniajcie się poprzez odnowę myślenia, aby rozeznać, jaka jest wola Boża, co szlachetne, co miłe, co doskonałe”. Rzymian 12:2
O konsekwencjach mowa w Mateuszu, Marku.
Jaką korzyść będzie miał człowiek, jeśli zdobędzie cały świat, ale straci swoje życie? Albo co może dać człowiek w zamian za swoje życie? Mateusz 16:26
Jaką korzyść ma człowiek, jeśli zdobędzie cały świat, ale straci swoje życie? Marka 8:36
Pożyteczna jest sól. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czym go przywrócicie? Miejcie sól w sobie i zachowujcie pokój między sobą. Marka 9:50
Na początku mojej drogi z Panem, jak chyba większość, miałam gorliwość neofity. Łatwo przychodziło mi odrzucenie wszystkiego co uznałam za niepodobające się Bogu, spowalniające lub przeszkadzające w Jego poznaniu. Kryterium oceny co takie jest, było proste – Biblia i moje rozumienie tematu w danym czasie. To drugie ważniejsze niż z pozoru się wydaje. Jest fragment, który dla mnie najdosadniej to wyjaśnia. Chodzi o rozdział 14 Listu do Rzymian. To wiara, przekonanie o jakimś problemie decyduje o moim wyborze. Postępowanie wbrew niemu, np. bo tego oczekują inni, jest nazwane grzechem. By było jasne, ramy wyznacza Pismo. Detal – moje rozumienie, które może się zmieniać w czasie, powinno pogłębić.
Jako przykład wezmę ubiór i wygląd kobiety. To jeden z tych tematów, w których chrześcijański taliban jest równie mocno okopany w swoich przekonaniach, jak chrześcijańscy wolnościowcy.
Zwykle dyskusja toczy się o obowiązek upodobnienia się do chrześcijanek z Koryntu, które to za słowami Pawła powinny nosić długie włosy i okrywać się welonem. Nieśmiało, niektórzy wspominają o tym, co ma do powiedzenia na temat ubioru chrześcijanek w Rzymie Piotr. Nie ma tu zakrycia, a jest prośba o umiar w ozdobach i ekstrawaganckich fryzurach.
Zachęcam cię do przeczytania podlinkowanych artykułów z Podkopu. Dają one lepsze rozumienie, dlaczego pojawia się ta pozorna sprzeczność w zaleceniach Pawła i Piotra, dotycząca ubioru i wyglądu kobiet. Wychodzi tu na plan pierwszy kontekst kulturowy. Bez jego znajomości, nie rozumiemy sensu tych dziwnych, różnych zaleceń apostołów, a wyciągane wnioski są fałszywe.
Czy uważam, że to jak się ubieramy, jest ważne i świadczy o przestrzeganiu dwóch przykazań o miłości Boga i bliźniego?
Tak, jest ważne i powiem nawet, że ważniejsze niż myślałam o tym kiedyś. Wszystko jednak musi być umieszczone w kodzie kulturowym miejsca, w którym żyjemy. Moje rozumienie jest takie, że ubranie ubiera, a nie rozbiera, zasłania, a nie odsłania, odrzucam z obowiązującego dresscodeu skrajności, elementy ubioru mające religijne znaczenie i symbol. Nie mam problemu ze strojami kąpielowymi. W odpowiednim miejscu i otoczeniu można kąpać się nawet nago. Gdy na plaży są tylko rodzina i znajomi wolno więcej odsłonić, a plaże i kąpieliska ogólnodostępne z tłumem nieznanych ludzi wkoło, zwłaszcza mężczyzn, omijam. Dla kogoś moje wybory mogą być dziwne, rozumiem. Żyję jednak w XXI wieku, gdzie dzieją się dziwne rzeczy. Każdy może w każdym momencie nakręcić film, zrobić zdjęcie i puścić je w internet. Tak wiem, mamy wolność, ale czy jako kobieta chcę, by obcy ludzi bez mojej zgody oceniali prawie nagie ciało, robili mu zdjęcia, które będą wykorzystane w niewiadomym celu?
Czy rodzic chce, by jego dzieci spotkało coś podobnego?
Nie mamy nad tym kontroli.
Niestety, ale świat się zmienił i to, co było praktycznie niewinną zabawą jeszcze ćwierć wieku temu, jak pluskanie się w morzu, dzisiaj ma swoją ciemną stronę, która bywa ignorowana, aż jest za późno.
filmy oglądam.
Te moje wybory promują ich twórców, a kim oni są, jakie wartości wyznają, co przekazują?
Kupując książki, filmy, oddaję im swoje pieniądze, a one są tak naprawdę czasem mojego życia.
Naucz nas mądrze liczyć dni nasze. Co mną kieruje, co mnie kształtuje. Część 8 z 50
Ten zmieniający się świat powoduje, że uważniej trzeba przyglądać się temu, co czytam, jakie
Ciągłe zastanawianie się na tym, co zjeść, w co się ubrać, jaki film oglądnąć czy gdzie pojechać na weekend, czy zmienić pracę, może z pozoru odbierać radość życia. Czy jednak naprawdę jest tak trudno namierzyć szkodliwe dla nas rzeczy, trendy, zachowania?
Gdy byłam na początku swojej drogi z Jezusem, podpowiedziano mi pomocną metodę weryfikacji. Wyobraź sobie, że Jezus idzie tam z tobą, robi to, co ty. Nim zadasz sobie to pytanie, poproś jednak, by Bóg pokazał ci jak, to wygląda z Jego perspektywy.
To prosty test, ale nadal trzeba uważać, by go nie zmanipulować. O Jezusie mówili przecież „To żarłok i pijak, przyjaciel celników i grzeszników” Mateusza 11:19, ale on się nie upijał, nie grzeszył. Być z tymi ludźmi, a być jak oni to dwie różne sprawy. Bywał na ucztach, gdzie przy stołach siedzieli ludzie o różnym pochodzeniu i profesjach, ale nie widzę nigdzie w tekście, by był na pijackich imprezach.
Znowu mamy tu potrzebę oceny zgodnie z własnym sumieniem i rozumieniem jak daleko możemy wejść w takie środowisko, by nadal być tam solą.
Czasem potrzebą wtopienia się, bycia zaakceptowanym przez jakieś miejsce, środowisko, tłumaczymy kompromisy. Bywa, usprawiedliwiamy je pretekstem łatwiejszego dotarcia z Ewangelią.
Ciuchy, które noszę, muzyka, której słucham, styl życia to wszystko może być przystosowaniem się do kodu kulturowego miejsca – o tym pisał Paweł w 1 Koryntian 9;20-23
„Dla Żydów stałem się Żydem, aby ich pozyskać. Chociaż nie podlegam Prawu, to dla tych, którzy podlegają Prawu, stałem się jak ten, który podlega Prawu, aby i tych pozyskać, którzy podlegają Prawu. Dla tych, którzy nie podlegają Prawu, jestem jak ten, który nie podlega Prawu. Ja przestrzegam Prawo Boże, lecz już jako ten, który żyje Prawem Chrystusa, aby pozyskać tych, którzy nie podlegają Prawu. Dla słabych stałem się słaby, aby słabych pozyskać. Dla wszystkich stałem się wszystkim, aby wszelkim sposobem przynajmniej niektórym zapewnić zbawienie. Wszystko przecież czynię dla Ewangelii, abym miał w niej swój udział”.
Dla mnie oznacza to, że gdybym wylądowała w starożytnym Koryncie, omotałaby się materiałem jak tamtejsze kobiety, gdybym była w Rzymie nosiłabym biżuterię i fryzurę właściwą dla klasy, do której chcę trafić z Ewangelią. Zawsze jednak swoje wybory przepuszczać należy przez filtr szczerości, oceniający powód, dlaczego ta, a nie inna opcja jest wybrana.
Podejście do głoszenia Ewangelii to także to, co robimy jako wspólnoty, kościoły, indywidualnie, z naszymi pieniędzmi, na co jesteśmy gotowi je przeznaczyć. Tu kryje się pułapka myślenia, jak świat – inwestycja musi przynieść zysk.
Kiedyś chrześcijanie, zwłaszcza protestanci, mieli piękny zwyczaj rozdawania za darmo Biblii. By to zrobić, trzeba było zgromadzić pieniądze na ich kupno lub druk. Ktoś oddawał czas swojej pracy, bo tym jest zarobiony pieniądz, by to było możliwe. Ktoś zadbał o logistykę i transport na miejsce ich przechowywania, poświęcając na to czas i siły, bo przenoszenie pakunków z książkami jej wymaga. Ktoś roznosił i rozdawał je ludziom. Robił to bez oczekiwania, że obdarowani staną się członkami jego zboru czy że go chociaż odwiedzą. Rozdawano je, modląc się, by Bóg mówił do ludzi przez swoje słowo, by zapaliła się w nich iskra wiary, by ich przyciągnął do siebie. Nie przeliczano zainwestowanych pieniędzy i pracy na zysk, jaki miało to dać kościołowi.
Dzisiaj nieliczne wspólnoty i kościoły to praktykują. Służbą Bogu jest za to taniec z flagami, śpiewanie czy granie na podium w blasku reflektorów. Można wielbić Boga śpiewem, ale dobrze poświęcić swoje zdolności temu, by to całe zgromadzenie śpiewało, a nie tylko tak zwany lider wielbienia z zespołem. Często będący tak głośnym lub wykonujący swój śpiew z takim „artyzmem”, że reszta tylko stoi i kołysze się w rytm muzyki jak na koncercie popowym. Pamiętam miejsca, gdzie podczas nabożeństw czy spotkań modlitewnych całe zgromadzenie śpiewało i to na głosy stare, i nowe pieśni. Akompaniowały im pianino, gitara, czasem skrzypce czy flet stojące z boku, niewychodzące na „scenę”.
Zadaję sobie od dawna pytanie, czy nie poszliśmy za daleko w tym upodabnianiu się do świata, byle zatrzymać ludzi, byle czuli się równie dobrze, jak na tym, co podsuwa im świat, by prawie nie było różnicy.
Miejsce spotkań, kaplica czy dom prywatny, w którym spotykają się grupy biblijne, ma swoje potrzeby. Rachunek za prąd, wodę, zwykłe posprzątanie pomieszczenia, umycie podłogi. Proste i oczywiste czynności, które często nie mają chętnych do ich wykonania. Takie miejsce to okazanie miłości bliźniego, bo mają ludzie dokąd na modlitwę, studiowanie Biblii przyjść, ale także miłości Boga przez darowanie swoich sił, czasu, by dla innych takie miejsce ułatwiające im spotkanie z Nim i rozmowy o Nim przygotować. Czy jednak potrzebne są centra ze sceną – ups, salą nabożeństw, salkami na spotkania grup, próby zespołu, kawiarnią itd.?
Czy w tej wygodzie budynków kościelnych nie straciliśmy tego, co było najważniejsze w agapie, słuchaniu nauczania, wspólnych modlitwach?
No ale takie rozwiązanie jest logiczne, tak organizuje się życie grup, klubów itd. w świecie.
Serce i umysł służą Bogu i okazują mu miłość przez swoje myśli, pragnienia, skierowane na Niego. Wolę, czyli moje chcenie, nakierowane na to, czego On chce.
Czy naprawdę chcę tego samego, czego chce On, myślę o sprawach tak jak myśli o nich Bóg?
Nie muszę zgadywać, wiele z Jego sposobu widzenia stworzenia, kierunku, w jakim ma ono się rozwijać, jest jasne – o tym mowa w Biblii. Mówię tu o rzeczach oczywistych jak pokój, szacunek, okazywanie miłosierdzia, pokora, pokój między sobą, wzajemna miłość – to takie rzeczy jak troska, dbanie o siebie, wsparcie.
Ile z rozwiązań, jakie przyjęłam w życiu, jest osłabianiem soli we mnie przez coraz więcej domieszek, upodobnień do świata, kompromisów i bezpiecznych rozwiązań?
Trudny temat, ale audyt zgodności z dwoma najważniejszymi przykazaniami jest niezbędny, by odkryć, dlaczego pewne rzeczy nie mają miejsca w życiu, a Biblia mówi, że wierzący będą ich doświadczać.
Ja jestem w trakcie swojego.
Beata

Świetny artykuł choć wydawać by się mogło, że taka sól może nie wiele wnieść do naszego życia, a o Bogu to już nic…a jednak… Naprawdę kaaawał dobrej roboty zmuszający do myślenia. Pozdrawiam